Błędy popełnia każdy. Ja też ich trochę uzbierałem. Najważniejsze jednak, że po wszystkich porażkach się podnosiłem. Nie byłem zapchajdziurą, ani gościem, któremu wbijają się drzazgi od siedzenia na ławce rezerwowych. Jakieś pojęcie mam. Charakter też, bo w kaszę nigdy nie dawałem sobie dmuchać. Może dlatego w niektórych miejscach odbierają mnie inaczej. Pomimo 32 lat staram się grać na dobrym, tak mi się wydaje, poziomie w drugiej lidze - mówi Maciej Soboń, z którym rozmawiamy o przeszłości i teraźniejszości, wspomnieniach i podsumowaniach, nadziejach i celach.
Trzy kluby jak na kilkanaście lat gry w piłkę to nie za mało?
Czy ja wiem… Nie wychodzę z założenia, że ilość klubów przekłada się na bogatą karierę.
Nie lubisz zmian otoczenia? Przyzwyczajasz się do miejsc, ludzi?
W piłkę zacząłem grać w wieku ośmiu lat. Przez kolejnych dziesięć grałem w Chrobrym. Z kolei osiem i pół roku zajął pobyt w Polkowicach. Można więc tak to nazwać.
A przez te lata przewijały się propozycje z innych regionów województwa czy kraju, z których nie skorzystałeś bądź które nie wypaliły?
Jeszcze mając naście lat i grając w Chrobrym, miałem propozycje z wyższych lig. Przeszkodę zawsze stanowiły nieporozumienia między mną a zarządem. Żądano za mnie zaporowych kwot. Wiem, że kilka klubów dopytywało się bardzo mocno, ale finanse wszystko blokowały. Wtedy, łapiąc się do kadry Polski do lat 18, zainteresowanie wyrażał Lech Poznań. Pojawiło się też Zagłębie Lubin. Z Zagłębiem pojechałem nawet na obóz. W grę wchodziło jednak od razu wypożyczenie do jeszcze innego klubu, a dopiero po tym okresie powrót do Lubina. W końcu, po uzgodnieniu z rodzicami, podjąłem decyzję o wykupieniu własnej karty, aby przyszłość pokierować w swoim stylu. Chcąc grać, oferta Górnika Polkowice była dla mnie najbardziej pozytywna.
Mówiło się nawet o wyjeździe za granicę. Nie lepiej było zrobić z piłki jeszcze większą przygodę? Nowe miejsca, nowi ludzie, wyjazd w nieznane...
Może i tak. Był jednak 1998 rok i menadżerska machina nie była tak naprawdę na dobre rozkręcona. Dopiero teraz piłkarze mają troszeczkę lżej. Podpisują umowę i są kierowani przez całe sztaby ludzi. Kiedyś to wszystko bazowało na pojedynczych kontaktach trenerów, nawet kierowników bądź samych zawodników. Było po prostu ciężej.

Najwięcej osiągnąłeś grając w Górniku Polkowice, ale dla kibica pokaźniejszym z nazwy klubem jest GKS Katowice. W Katowicach nie wyszło tylko przez problemy zdrowotne?
Tylko przez kontuzje. Miałem niefart. Tydzień przed pierwszą rundą i w trakcie drugiej pojawiły się urazy. Najpierw zerwanie więzadeł krzyżowych, a później jeszcze gorzej, bo trójgraniastych. Każdy kończył się zabiegiem. Mimo wszystko, miło wspominam przygodę w Katowicach. Tam doświadczyłem piłki na ekstraklasowym poziomie w przypadku atmosfery i otoczki. Wtedy było to dla mnie nowe doświadczenie, z którego dużo wyniosłem.
Górnik to klub z małego miasta, choć fakt, że dobrze stojący finansowo. W Polkowicach nigdy niczego nie brakowało. W Katowicach z kolei klub stał kiepsko od tej strony, ale dopiero tam dało się zażyć tego całego smaczku piłki w wyższym wydaniu. Jadąc na trening czy zwykły posiłek między zajęciami, czuło się, że wszyscy traktują "GieKSę" z uznaniem. Ponadto w GKS-ie nauczyłem się takiego śląskiego charakteru. Walki w momencie, gdy w klubie, można powiedzieć, brakowało niemal na wszystko. Na treningu tych problemów nie było widać. Każdy wychodził na boisko i dawał z siebie 120 procent. Polubiłem to, bo sam jestem zawodnikiem, który ceni sobie ostrą, zaciętą grę. Nie żałuję więc i GKS Katowice do dziś fajnie wspominam.
Jak się okazało, to był kluczowy moment w karierze, bo do Ekstraklasy już nie wróciłeś.
Troszeczkę się wystraszyłem. Zwłaszcza po tym drugim urazie. Bałem się sportu i tego, co będzie później, po powrocie. Miałem skończonych 26 lat, a już wtedy zapadła decyzja, by dać sobie spokój. Definitywnie. Dopiero po półrocznym okresie nicnierobienia, całkowitego odpuszczenia form ruchu, spotkałem się z Tomkiem Trznadlem, który był zawodnikiem Chrobrego. W sumie to on mnie namówił, żeby przynajmniej spróbować wrócić na stare śmieci, a przy tym pomóc chłopakom w trzeciej lidze. Nawet nad tym specjalnie długo nie rozmyślałem.
W jaki sposób trafiłeś na Śląsk?
Odchodząc z Chrobrego, jak wspomniałem, było ciężko z załapaniem się do innego klubu. Tymczasem po rozwiązaniu umowy z Górnikiem, nagle telefony się rozdzwoniły. Znakomita propozycja przyszła z Widzewa Łódź. Już byłem spakowany i miałem jechać na obóz. Mając jednak rozegrane mecze w rundzie jesiennej, musiałem czekać do tej kolejnej. A pod koniec roku zadzwonił trener Żurek z GKS-u. Wtedy samemu ciężko było mi uwierzyć, że taka osoba może do mnie zatelefonować, zachęcać i mówić, jak bardzo widziałaby mnie w składzie. To było coś fajnego. Postawiłem więc na GieKSę wyczuwając jakiś dreszczyk emocji w związku z tym, że drużyna miała za sobą przygodę w europejskich pucharach.
W Katowicach towarzyszyła Ci grupa innych piłkarzy, która później jeszcze sporo osiągnęła. Jak ich wszystkich wspominasz?
Miałem przyjemność grać z takimi osobami, jak na przykład Paweł Brożek, Ryszard Czerwiec, Krzysztof Gajtkowski czy Mirosław Widuch. To osoby, które prezentowały ekstraklasowy poziom. Fajnie zostałem przyjęty, jednak od początku czuło się śląski klimat. Pamiętam pierwsze zajęcia. Taktyczne, akurat w hali, zakończone gierką dla zabawy. Faktycznie myślałem, że to będzie zabawa, a tymczasem jak wślizgi robi się przeważnie na trawie, tak wtedy jeździliśmy na tyłkach po parkiecie. Taka była walka.
Po przebywaniu w takim gronie uzbierało się pewnie historyjek, z których można byłoby napisać rozdział książki.
Życie drużyny ma to do siebie, że towarzyszy jej mnóstwo śmiesznych i mniej śmiesznych anegdot. Ale nie chciałbym się w nie zagłębiać. Można poopowiadać, lecz młodszym kolegom w szatni czy gdzieś przy piwku.
Z kim miałeś wtedy najlepszy kontakt?
Zdecydowanie z Sebastianem Kęską. Przyszedł z Polonii Warszawa. Zaczął mi pomagać, nawet przy szukaniu mieszkania, więc lepiej się poznaliśmy. Z czasem poszliśmy w swoje strony. Ja wróciłem do Głogowa, on do Warszawy. Spotkaliśmy się jednak jeszcze przy okazji jego ślubu, na który mnie zaprosił. Wtedy akurat zebrało się przede wszystkim piłkarskie grono. Pamiętam Grzegorza Bartczaka, Dariusza Dźwigałę czy będącego świadkiem Grzegorza Fonfarę.
Jaki był Jan Żurek?
Był związany z regionem, więc to taki typowo śląski charakter. Maksymalny motywator. Większego nie spotkałem. Za pomocą samych słów potrafił zmotywować. Każdego indywidualnie, miłą rozmową. Przed meczem w Polkowicach wpajał mi, że wyjdę na boisko, ośmieszę rywala, i tak dalej. Docierał tym maksymalnie głęboko.
A inni trenerzy w Twojej karierze?
Generalnie kiedyś trenerzy nie byli tak otwarci. Przykład naszego szkoleniowca, Ireneusza Mamrota, przy którym relacje na linii trener-drużyna są bardzo dobre. Rozmawia, także o problemach, nie tylko tych typowo boiskowych. Dobrze mu wszystko powiedzieć, grać fair, wtedy on sam wie, na czym stoi. To jest fajne, zdrowe. Przed laty było zupełnie inaczej. Piłkarzy dzieliło się na pupili i tych od czarnej roboty. Pamiętam sławietnego Mirosława Dragana z Polkowic. Pracę z nim wspominam miło, ale tylko dlatego, że piłkarsko osiągnąłem przy nim najwięcej. Miał jednak specyficzne podejście i specyficzne metody treningowe, które dziś nie miałyby racji bytu. Zajęcia zimą to bieganie, bieganie i jeszcze raz bieganie. Biegaliśmy więc dużo, choć nie powiedziałbym, że mądrze. Bez badań wyglądało to w ten sposób, że pędziliśmy w jednej grupie. Po wspólnym odcinku jeden padał na ryj, drugi był po prostu zmęczony, a trzeciemu było mało. Piłkę widywaliśmy, ale podczas meczów. Człowieka traktował ponadto jak jakiegoś śmiecia. Bez rozmowy, bez kompromisu, za to z wyzwiskami.
Te siedem występów i jeden gol na najwyższym poziomie z perspektywy czasu ocenisz jako niedosyt czy jednak fajny akcent w życiu?
Niedosyt jest z tej racji, że tych występów mogło być dużo, dużo więcej. Decydowały o tym jednak sprawy pozasportowe. Nie zawsze miałem na nie wpływ. Czy żałuję? Trochę też. Do momentu debiutu w Ekstraklasie zdążyłem przecież ponad 100-krotnie zagrać w drugiej lidze, będącej wtedy zapleczem najwyższego poziomu. Już jako 17-latek, junior, miałem na koncie 15 występów w drugiej lidze. To nie jest najgorszy wynik, ale jednak szkoda, że nie zdobyty za sprawą Ekstraklasy. Czasu jednak się nie cofnie i jestem, staram się być zadowolony z tego, co udało mi się osiągnąć.

Obserwując przygotowania Chrobrego do rundy, można odnieść wrażenie, że trenujesz jakby trochę więcej, niż inni. Przed zajęciami idziesz na bieżnie rozgrzać się, po nich zostajesz dłużej w siłowni...
Ja to nazywam zawodowym zboczeniem. Im jestem starszy, tym coraz lepiej wiem, jak pracować, aby nie cierpieć podczas cięższych zajęć. Wiem więc, kiedy należy potruchtać przed treningiem, w którym momencie wziąć odpowiedni masaż, a w którym zastosować ćwiczenia stretchingowe, by później szybciej dojść do siebie. To każdemu przyjdzie z czasem. Organizmu nie pozna się od razu.
Ponoć nawet odżywianie zastosowałeś specjalne.
Odżywianie to w sporcie podstawa. Wraz z upływem lat przykładam się do niego coraz bardziej, czerpiąc przy tym jednocześnie coraz więcej radości. Chcę po prostu maksymalnie dobrze przygotować się do rundy. Tym bardziej, że fajnie trafiłem. Po powrocie pojawiła się szansa, by znów jakoś zaistnieć na boiskach zaplecza Ekstraklasy. Poza tym dietę dostosowuję do wieku. To znaczy, że uważniej muszę pilnować tkanki, bo metabolizm nie przebiega już tak dobrze, jak kiedyś.
Po powrocie do zajęć, koledzy z szatni poklepali po plecach.
W końcu zrzuciłem pięć kilo. Fakt, że diety trzymałem się rygorystycznie. Odstawiłem jakiekolwiek wędliny, ciężkie mięso, napoje alkoholowe, gazowane, białe pieczywo. W najcięższym okresie także wszelkie ryże, makarony, w sześćdziesięciu procentach bazując na białku, wspomagając się wieloma warzywami i owocami. Nawet w święta zaciskałem pasa. Nauczyłem się jeść papier. Tak to nazywam. Dietetyczne jedzenie jest bowiem specyficzne, a że niczym go nie przyprawiam, nie ma specjalnego posmaku. Do Sylwestra diety przestrzegałem ściśle. W ten dzień pozwoliłem sobie na więcej, choć było czuć, że organizm odzwyczaił się od cięższego jedzenia. Efekt? Trzy tygodnie, pięć kilo, bez większego ruchu. To bardzo dobry wynik. Ma to swój oddźwięk w sile i wynikach, bo czuję się naprawdę doskonale. Przygotowałem organizm do wysiłku. Teraz praca jest mocniejsza, więc tego paliwa i tak musi być więcej. Należało więc zwiększyć ilość węgli w stosunku do białka i tłuszczy.
Każde zimowe przygotowania traktowałeś tak poważnie?
Teraz podszedłem do tego bardziej profesjonalnie. Mam w tym swój cel. Podejrzewam, że gdyby każdy poszedł moim śladem, czyli indywidualną rozpiskę treningową wyznaczoną przez badania połączył z dietą, drużyna w ogóle nie miałaby tkanki tłuszczowej na tym etapie, na którym mieć ją powinna, biorąc pod uwagę specyficzny świąteczny okres.
Co jest tym celem?
W zespole jest dużo młodzieży, więc postanowiłem nie zostawać w tyle i swoją osobą maksymalnie podnieść jej poprzeczkę. Wiosną chcę mocniej tupnąć nogą na ligowych boiskach. Zaznaczyć swoją obecność i przede wszystkim wyraźnie pomóc drużynie. Póki zdrowie dopisuje, dzięki czemu mogę dać z siebie maks, trzeba korzystać.
Zakładając, że Chrobremu uda się awansować, jak widziałbyś zespół w pierwszej lidze? Różnica między nią, a drugą jest duża? W czym się przejawia?
W pierwszej lidze drużyny grają spokojniej. Nie goni się tak mocno, jak w drugiej, gdzie trzeba latać, przy czym wygrywa ta drużyna, która lepiej wytrzyma fizycznie. Przykładem tego są częste wyniki typu 1:0, 2:1, a więc na poziomie walki. W pierwszej lidze też jest walka, nie powiem, że nie, ale są drużyny potrafiące grac piłką i jednocześnie umiejące to wykorzystać. Biega ten zespół, który nieumiejętnie się przesunie, ma jakieś braki w ustawieniu. Kumata, doświadczona ekipa jest w stanie to wykorzystać. Tak więc spokój przede wszystkim, nastawienie się na zadania taktyczne i brak aż takiej gonitwy. Da się zauważyć swojego rodzaju większą piłkarskość. Oczywiście, zdarzają się spotkania, w których też kopie się przez całe 90 minut, jeździ po boisku na dupie, robi wślizgi i w końcu mecz kończy się wynikiem 0:0. To już nieprzewidywalność futbolu.
Chrobry byłby więc na tyle kumaty, by poradzić sobie poziom wyżej?
Bez problemu. I cały czas powtarzam to chłopakom. Ja jestem osobą, która nie wykazuje stresu. Z racji swojego wieku, doświadczenia, jestem odporny. Bawię się. Czerpię przyjemność z ogrywania młodszych. Chciałbym, aby i oni podchodzili do tego w ten sam sposób. Na luzie. Żeby nie przedkładali stresu, bo to jest najgorsze. To blokada. Chłopaki mają umiejętności, a czasem tylko psychika decyduje o tym, że coś nie idzie.
Wolisz parcie na awans, jak w Polkowicach, czy wejście po cichu?
W Polkowicach mieliśmy taką kapelę, że sztuką było nie awansować z czwartej do drugiej ligi przez dwa sezony. Do pierwszej także, ale była przy tym potrzebna chłodna głowa, aby wszystkiego nie przepompować. Balon rzeczywiście mocno napompowano. Mając jednak taką ekipę z taką atmosferą, szliśmy jak maszyna. Pożeraliśmy niemal wszystkich, choć zdarzało się zapowietrzyć. Pamiętam, że czwartą ligę zaczęliśmy z sześcioma punktami na minusie. Po jesieni do lidera traciliśmy już 20. Wiosna tak się ułożyła, że wygrywaliśmy wszystko. Na trzy kolejki przed końcem mieliśmy już tylko cztery punkty straty do lidera i bezpośredni mecz z nim u siebie. Byliśmy już jednak tak wypruci, że przegraliśmy. Awansowaliśmy, ale do trzeciej, a nie, dzięki reorganizacji, do drugiej ligi. Na awans był ogólnie spory nacisk. W Głogowie jest obecnie inaczej. Tutaj robi się to wszystko mądrzej i chyba stąd ten efekt. Najpierw jest praca, a mówić będziemy dopiero później. W Polkowicach było odwrotnie.

Myślisz, że ile jeszcze pograsz?
Zależy mi na trzech sezonach na swoich maksymalnych możliwościach. Można to co prawda przeciągać, wychodzić w jednym, dwóch meczach na rundę, ale grać dłużej, jednak wtedy to już blokowanie miejsca młodym. Zaplanowałem sobie trzy sezony. Mam za sobą pół roku, przed dwa i pół. Dużo zależy od organizmu, ale wierzę, że się uda. Do tego dążę, by dociągnąć do końca, grając na swoim dobrym poziomie.
Karierę zakończysz w Chrobrym czy nie wykluczasz zmiany?
Powiedziałem wcześniej i to podtrzymuję: ligowe granie chciałbym zakończyć tu, gdzie je zacząłem, w Chrobrym. Nie przewiduję żadnych zmian. Wystarczy. Nawet, gdyby pojawiła się jakaś oferta. Może zabrzmi to mało skromnie, ale znam swoją wartość i wiem, że poradziłbym sobie w innych klubach pierwszej czy drugiej ligi. Zacząłem jednak na nowo zżywać się z klubem, w którym zaczynałem i niech tak pozostanie. W Chrobrym mi się podoba. Atmosfera, obiekty, otoczka, kibice. Jeśli już miałbym gdzieś zagrać swój ostatni mecz, to niech będzie to właśnie tu, w Głogowie. Tak poza tym, to jestem jedynym w drużynie zawodnikiem, który miał przyjemność grać z Chrobrym na zapleczu Ekstraklasy w latach 1996-1997. Po tym okresie spadliśmy. Chciałbym naprawić to, co się kiedyś zepsuło. Na koniec przygody z futbolem fajnie byłoby zrobić taki prezent naszym kibicom. Młodszym i tym starszym, pamiętającym tamte czasy.
A gdyby teraz te wszystkie lata podsumować, to odszedłbyś z podniesioną głową, z satysfakcją czy niedosytem i pewnym żalem za dokonane wybory?
Zawsze można doszukiwać się pewnych rzeczy i roztrząsać, czy powinno postąpić się tak, czy inaczej. Błędy popełnia każdy. Ja też ich trochę uzbierałem. Najważniejsze jednak, że po wszystkich porażkach się podnosiłem. Nie byłem zapchajdziurą, ani gościem, któremu wbijają się drzazgi od siedzenia na ławce rezerwowych. Jakieś pojęcie mam. Charakter też, bo w kaszę nigdy nie dawałem sobie dmuchać. Może dlatego w niektórych miejscach odbierają mnie inaczej. Pomimo 32 lat staram się grać na dobrym, tak mi się wydaje, poziomie w drugiej lidze, choć przed sezonem myślałem, że młodzież będzie mnie na tyle mocno naciskać, że pozostanie jedynie zawieszenie butów na kołku. Z drugiej strony to czasy się zmieniają. Widać po klubach, że zaczyna w nich grać dużo doświadczonych zawodników. Dzisiejsza młodzież chyba jest trochę leniwa i nie nadąża za tymi starszymi. Kiedyś, jeszcze w Polkowicach, najmłodsi byliśmy z Marcinem Jeziornym. Przez cztery lata. Przez wszystkie targaliśmy sprzęt bez zająknięcia. To było dla nas coś normalnego. Obecne pokolenie ciężko do tego zachęcić, trzeba mu to przypominać.
A co nastąpi po tym definitywnym końcu? Zastanawiałeś się nad tym?
Tak do końca to jeszcze nie. Skupiam się na graniu i jakoś nie nachodzi mnie refleksja na temat dalszej przyszłości. Skoro jednak gram w piłkę, to pewnie wypadałoby pomyśleć o trenerce. Nie mam jednak na to aż tak mocnego ciśnienia, choć widziałbym siebie w roli osoby asystującej. Tak na początek. Mam jakieś swoje doświadczenie i swój pomysł na grę, który chciałoby się przekazać najpierw młodym, a później starszym ludziom, ale droga do tego daleka. To znaczy długa droga nauki. Różne szkolenia, konferencje, które trzeba zaliczyć, a to trwający proces.
Może realizacja jakiejś innej pasji. Jest taka?
Jest kilka. Bardzo lubię rajdy WRC. Mam nawet takie auto, w którym od czasu do czasu mogę się wyszaleć na torze, poruszyć wyobraźnię. To mnie ciągnie. Chętnie oddaję się też snowboardowi, choć wiem, że przeginać nie można. Snowboard jest jednak mniej urazowy, niż narty. Generalnie jednak sport, aktywny tryb życia.
Niedawno powiedziałeś, że im jesteś starszy, tym czerpiesz z tego wszystkiego coraz więcej radości. Twoje wyjazdy z zespołem na mecz, w którym zagrać nie mogłeś, czy sytuacja w Bytowie, gdy po czerwonej kartce powinieneś opuścić boisko, a jednak wybiegłeś na murawę, by cieszyć się z bramki, to dowody na to?
To więź z drużyną i w pełni oddanie się temu, co się robi. Są w Polsce piłkarze, którzy podchodzą do tego wszystkiego chłodniej, na sucho. Liczy się dla nich pensja, odbycie treningu, po czym szybko można wrócić do domu. Z kolegami nie odzywają się nawet sms-owo. Ja tak nie potrafię. Poza tym chyba na tyle brakowało mi Głogowa, że wkręciłem się może aż za mocno. Tu jest mi jednak dobrze. Czuję się świetnie w takiej szatni z taką atmosferą. Moja obecność z drużyną nawet wtedy, gdy nie gram, to też złość, że nie mogę wyjść na boisko. Chce się przynajmniej być blisko, by posłużyć jakąś radą.
Mówiłeś też, że, grając w Górniku, satysfakcję sprawiła Ci bramka w meczu z Chrobrym, bo pewnym osobom miałeś trochę do udowodnienia. Dużo było takich osób?
Nie robiłem tego złośliwie. Była grupa osób, która jakby zazdrościła, że udało mi się uciec, coś osiągnąć. Mimo pewnej blokady, odszedłem przecież z Chrobrego i swoją szansę troszkę wykorzystałem. Zagrałem w Ekstraklasie, tam zdobyłem jedną bramkę, z której się cieszę, bo nie każdemu zawodnikowi jest to pisane. Gol w tej lidze, jaki by nie był, to jednak gol na boisku Ekstraklasy. Fajna sprawa, ciekawe przeżycie. Malkontentów nie brakowało. Przyjeżdżając do Głogowa w innych barwach, czułem z ich strony może nie nienawiść, ale jakąś złośliwość. Ta bramka ich wszystkich uciszyła, choć żal, że robi się to klubowi, z którego się wywodzi, był. Chyba każdy w ten sposób to odbiera. Wtedy reprezentowałem jednak barwy Górnika, więc wymagano ode mnie maksymalnego im oddania się. Ale to działa w obie strony. Grając w Chrobrym przeciwko Górnikowi, zdobyty gol również sprawiłby satysfakcję.
